niedziela, 28 maja 2017

One - shot (Pragnienie)


Każdy z nas jest inny. To zdanie towarzyszyło mi od najmłodszych lat, choć nie koniecznie pod takową postacią. Zwykle brzmiało ono: Jesteś dziwny, bądź mniej cenzuralnie: Cholerny świr. Co śmieszne matka zawsze przekonywała mnie, że słowa te miały pozytywny wygłos. No bo w końcu jak można było sądzić, że jej ukochany syn może być odmieńcem wśród swoich rówieśników? Jeśli nie znacie odpowiedzi, to was uświadomię: nie można było. Tak samo nieprawdopodobny był fakt, że ktokolwiek mógł wyzywać go od jakichkolwiek kurw, czy chujów. Po prostu nie mieściło się to w głowie tej niewinnej kobiety.
            Może to i dobrze? Przynajmniej moje problemy nie dotykały jej w najmniejszym stopniu. Mi to odpowiadało. Wolałem sam z nimi walczyć. Dawniej kochałem opowieści o rycerzach, więc nawet w rzeczywistości pragnę być jednym z nich i poświęcić swoje życie w słusznej sprawie. Ten fakt nie sprawia jednak, że jestem uważany za świra. Nie czynią tego również moje przekonania religijne, czy seksualne. Moją jedyną wadą, którą aż tak wytyka społeczeństwo jest po prostu fakt, że jestem zbyt wrażliwy.
            Tak wiem, teraz pewnie pomyślicie sobie, że jestem największym debilem na świecie ale to prawda. Przez jedną cechę mojej osobowości mój świat jest najgorszy z możliwych planet, na których mógłbym się narodzić. Jedyną rzeczą, która mnie pociesza to właśnie ów jeden z możliwych światów. Oznacza  to w końcu, iż są jeszcze gorsze. Tak jestem optymistą, cieszę się, że to zauważyliście.
            Nie po to jednak rozpisuje się na kartach tej powiastki. Pragnę wam przedstawić pewną historię z moim udziałem, która odmieniła moje życie. Sprawiła, że po raz pierwszy od bardzo długiego czasu mogłem oddychać pełną piersią, nie przejmując się, iż mogę chuchnąć nieświeżym powietrzem komuś prosto w twarz.
            Wszystko rozpoczęło się poniedziałkowym dniem, najgorszym w całym, bożym tygodniu. Moje nastawienie do tej nazwy nie było przypadkowe. Wiązało się ono oczywiście ze szkołą. Jako osoba niezbyt popularna (a raczej lubiana inaczej) szczerze nienawidziłem tego miejsca. Nie jednak, jak większość nastolatków, z powodu nauk, czy nauczycieli. Moim problemem byli uczniowie.
            Gdy tylko przekroczyłem próg budynku zaczęły się moje drobne katusze. A tu ktoś podstawił mi nogę, a tu inny kopnął mocno w tyłek. Ignorowałem to wszystko ze stoickim spokojem jak zawsze. Nie oszukujmy się. Byłem do tego po prostu przyzwyczajony. Sam śmiałem się czasami, że zachowania te uodporniły mnie na wszystkie możliwe sposoby.
Tego dnia było jednak inaczej. Ci kretyni posunęli się za daleko.
Zanim jednak dowiecie się co to było musicie o czymś wiedzieć. Byłem zakochany. Te dwa słowa odmieniają wszystko, prawda? Postrzegacie mnie teraz inaczej? Założę się, że tak lecz jeszcze tego nie widzicie. Oni też nie zauważali tego dopóki nie podszedłem do niej pewnego dnia z różową różą i nie zapytałem jej, czy nie zechciałaby pójść ze mną na kawę. Odmówiła oczywiście, lecz i tak zostawiłem kwiat w jej dłoni, twierdząc, że i tak powinien trafić do swojej właścicielki. Pomimo jej odmowy, moja dusza nie cierpiała aż tak bardzo, ponieważ wiedziałem o powodzeniu mojej misji w co najmniej pięćdziesięciu procentach.
Dziewczyna niestety popełniła jeden taktyczny błąd – powiedziała przyjaciółkom. I w ten sposób w świat rozniosła się informacja o moich uczuciach. Prześladowania nasiliły się. Radziłem sobie jednak z nimi. Nawet całkiem dobrze... dopóki nie nastał ten przeklęty poniedziałek.
Prześladujące mnie osoby przesadziły. Same dobrze o tym wiedziały. Cóż... chcieli w końcu udowodnić, że mogą mnie złamać. Udało im się znakomicie. Zamykając moją sympatię w jednej z sali i znęcając się nad nią przez dłuższy okres czasu sprawili, że moje serce pękło. Dlaczego moja osoba powodowała nieszczęście innych?
- Wypuście ją! – wrzeszczałem, płacząc i waląc w drzwi. Teraz widzę, że mogłem do tej sytuacji nie podchodzić tak emocjonalnie, ale jak już wcześniej wspomniałem byłem bardzo wrażliwy i wszelka antypatia nie wchodziła w moim wypadku w grę.
Kiedy otworzyli salę, wbiegłem do środka i moim oczom ukazała się ona. Nieprzytomna i zakrwawiona postać siedząca na krześle. Wtedy coś we mnie pękło. I nim się obejrzałem wokół mnie nie było już nikogo. Trzech chłopców będących w pokoju, pobiłem do nieprzytomności. Wtedy do sali wszedł nauczyciel. Nie muszę chyba już mówić co było dalej prawda? Zawieszenie, wywalenie ze szkoły, sesje z psychologiem. Nie pomagały moje wyjaśnienia. Wmówiono mi, że jestem największym złem na tym świecie. I ja w to uwierzyłem.
Zmieniłem się od tamtego czasu. Nie tylko pod względem wyglądu ale i charakteru. Zacząłem być naprawdę nieprzyjemną osobą. Moja matka nie poznawała mnie, z czasem całkowicie się ode mnie odwróciła. Z dniem osiągnięcia dojrzałości wyprowadziłem się i zacząłem samodzielnie się utrzymywać. Odciąłem wszelkie kontakty z rodziną. Byłem niezależny od kogokolwiek. I pomimo tak wielu przemian ta jedna cecha stale gdzieś miała miejsce w moim wnętrzu – wrażliwość. Moje gołębie serce zbyt często dawało się we znaki. A to podczas dawaniu jakimś bezdomnym niedużej darowizny, a to w pomaganiu sąsiadom przy opiekowaniu się ich dziećmi. Niby nic takiego, ale zupełnie nie pasującego do mojego wizerunku. I tutaj dochodzimy do prawdziwego klucza tejże historii, a mianowicie do momentu w którym poznałem Alice.
Zapytacie pewnie zaraz kim była ta dziewczyna, prawda? Nie zdziwcie się, jeśli jej opis będzie akurat tak ogólny. Chcę ją jednak wam przedstawić właśnie w ten sposób. Na początku też nie wiedziałem o niej zbyt dużo. W zasadzie oprócz wyglądu (który, nie był zbyt powalający), posiadałem tylko jedną, potwierdzoną informację, a mianowicie – byłą ona cholernie złośliwą dziewczynką. Dosłownie potrafiła przyczepić się do wszystkiego. A to krzywo postawionych menu na ladzie, albo niedokładnie wytartych stołów. To śmieszne, ponieważ byłem od niej starszy o trzy lata, a mimo tego potrafiła nakrzyczeć na mnie, jakbym był co najmniej jej rówieśnikiem. Przez cały rok pracy z nią przywykłem do jej humorków, choć na początku było naprawdę ciężko.
Nie o tym jest jednak ta historia. Gdyby dotyczyła ona samej Alice z pewnością nie stałaby się ona interesująca. Problemem jest jednak fakt, iż bez tej szesnastoletniej dziewczyny żadna z opisanych przeze mnie niedługo sytuacji nie miałaby miejsca.
Wszystko zaczęło się od mojego niewinnego zaspania do pracy. Do późna siedziałem z dzieciakami sąsiadów, więc nie dziwnym było, że pięć godzin snu doprowadziło do tego niegodnego pochwały czynu. Kiedy dotarłem już do chińskiej restauracji, w której pracowałem była dobra godzina po otwarciu lokalu. Miałem szczęście, ponieważ szef przychodził zazwyczaj o wiele później niż jego pracownicy, a to Alice miała dzisiaj otworzyć lokal. Nie martwiłem się również o tłumy o tej godzinie. Mało kto pragnął zjeść sajgonki, czy smażony ryż o jedenastej, więc dziewczyna nie miałaby zbyt dużo pracy od rana. Dlatego ogromnym zdumieniem było dla mnie zastanie prawie pełnej restauracji i latającej pomiędzy stolikami, zezłoszczonej na wszystko, szesnastolatki.
Kiedy tylko mnie zobaczyła, wrzasnęła na cały lokal:
- Zabiję cię kretynie!!!
Słowa te wprawiły w osłupienie zarówno mnie jak i gości, którzy właśnie przyszli.
- Tak wiem, słyszałem już to – mruknąłem, ignorując jej piorunujące spojrzenie i idąc się przebrać do pomieszczenia dla pracowników. Kiedy tylko wyszedłem z pokoju dopadła mnie ta mała hiena i zaczęła narzekać, jak to jej było ciężko beze mnie.
- Przepraszam, zaspałem – powiedziałem pokojowo, zabierając się za pracę.
- Jak można zaspać z piątku na sobotę?! – zapytała zdruzgotana nastolatka, nalewając wrzątku do małego czajniczka dla gości.
- Miałem ważny powód.
- Dziewczyna nie chciała ciebie wypuścić z objęć? To jest ten ważny powód? Dorośnij człowieku.
W tym momencie nie wytrzymałem i chwyciłem ją mocno za ramię i obróciłem w moją stronę. Alice patrzyła na mnie wyzywająco. Tylko drgająca lekko warga objawiała jej strach.
- Słuchaj małolato, skończ mną pomiatać dobrze ci radzę, albo następnym razem...
W tym momencie usłyszeliśmy krzyk dochodzący z sali.
            - Idę to sprawdzić – powiedziałem, puszczając dziewczynę.
            - Zaczekaj, idę z tobą – odezwała się nastolatka, podążając za mną. Kiedy trafiliśmy w miejsce zamieszania, nie mogliśmy otrząsnąć się z tego co tam ujrzeliśmy. Na środku pomieszczenia leżał mężczyzna z wystającym, z brzucha nożem. Widok był zarówno straszny jak i komiczny. No bo w końcu to zabawne, że niedawno do tego miejsca trafiało pożywienie, które dawało dotychczas energię do życia temu grubasowi, a teraz fakt ten nie ma już żadnego znaczenia.
            Reszta gości siedziała w kompletnej ciszy, zupełnie otępiała.
            - Co się stało... -zacząłem, kiedy to nagle zza jednego krzesła wyszedł mały chłopczyk z nożem w ręku. Jak na moje oko miał on około siedmiu lat. Ledwo dorastał do pełnej wysokości krzesła, więc tylko jego czarna czupryna mogła mnie nakierować, gdzie mniej więcej stoi.
            - O hej Bartek! Dawno cię nie widziałem – powiedział w moim kierunku uradowany. Mój stosunek do niego był jednak zgoła odmienny. Dosłownie zmroził mi krew w żyłach. Nie znałem chłopaczka, a on wiedział jak mam na imię, mało tego nie miał on nawet możliwości, żeby dowiedzieć się jak ono brzmi.
            - Kim jesteś? – zapytałem zdziwiony.
            - Bartek do kogo ty mówisz?! – zapytała zezłoszczona Alice – Trzeba zadzwonić na policję!
            - Nie widzisz tego małego chłopczyka? – zapytałem zdziwiony w kierunku odchodzącej po telefon dziewczyny.
            - Niby gdzie miałabym go widzieć? – odpowiedziała pytaniem, co tylko upewniło mnie w moim szaleństwie. Podszedłem szybko w kierunku ledwo oddychającego gościa.
            - Trzyma się pan jakoś? – zapytałem, sprawdzając jego puls. Był bardzo słaby.
            - Zdechnie za parę minut – powiedział chłopiec, siadając na zwolnionym przez grubasa miejscu i wymachując wesoło nogami. Zignorowałem jego słowa i zapytałem wszystkich zgromadzonych:
            - Jak do tego doszło?
            - Wbił sobie nóż w brzuch, my nie... – zaczęła kobieta, po czym dokończyła z płaczem – nie mogliśmy nic zrobić. To mój mąż i on nigdy by czegoś takiego nie zrobił...
Zastanowiły mnie słowa tej kobiety. Samobójstwo bez pragnienia go? O co tu chodzi... Spojrzałem na małego chłopca, który najwyraźniej był wytworem mojej wyobraźni. Nie wiedziałem wtedy, że jest on odpowiedzią na wszystkie moje pytania stawiane do tej pory. Później na miejsce wypadku dotarła policja, nasz właściciel oraz pogotowie ratunkowe. To ostatnie nie mogło oczywiście nic już zrobić. Gość był martwy jak kupa gwoździ w trumnie.
Krótko po tym incydencie chińska jadłodajnia została zamknięta, a ja straciłem pracę i oficjalnie stałem się bezrobotnym. Według moich skrupulatnych obliczeń z odłożonych pieniędzy, byłem w stanie opłacić mieszkanie przez co najmniej dwa miesiące, z czego jedną taką wpłatę musiałem zostawić sobie na niezbędne wydatki takie jak chociażby jedzenie. Nie wiem co bym zrobił, gdybym wylądował na bruku...
Jedyną zaletą całej tej sytuacji był fakt, że nagle miałem mnóstwo  czasu dla siebie. Oprócz bezowocnego szukania pracy, zabrałem się za sprzątanie mojego mieszkania, które z miesiąca na miesiąc zaczęło przypominać piekielną grotę, niż miejsce zamieszkania w miarę porządnego człowieka. Muszę przyznać nawet, że szło mi całkiem szybko. Ba! Przez pewien czas nie mogłem wyjść z podziwu dla samego siebie. Wszystko to skończyło się kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Czy to znowu sąsiedzi?
Dużym zaskoczenie okazał się dla mnie fakt, iż stojącą przed drzwiami postacią nie była pani Morris, lecz Alice. O wiele dziwniejszym gościem był jednak towarzyszący jej mały chłopiec z restauracji.
- Co ty tutaj robisz?! – krzyknąłem zszokowany sam nie wiedząc do kogo się zwracam.
            - Szef prosił, żeby oddać ci dodatkową pensję za ostatni miesiąc. Dał mi twój adres, a to że nie mógł się do ciebie dodzwonić, to... – zaczęła dziewczyna, ale przerwała widząc mój strach. – Wszystko w porządku?
            - Dlaczego tam byłeś i skąd mnie znasz? – zapytałem niemo, stojące za Alice dziecko.
- Chciał tego. Ja tylko mu w tym pomogłem – wyszeptał z szerokim uśmiechem – Tak samo jak kiedyś zrobiłem to dla ciebie...
- Nic dla mnie nie zrobiłeś – zaprzeczyłem szybko, chcąc zamknąć drzwi.
- Ejże! Co z tobą?! – krzyknęła zdumiona nastolatka, wkładając swojego buta, pomiędzy szczelinę, która miała niebawem całkowicie zniknąć.
- Spadaj mała, nie mam czasu na zabawy z tobą – warknąłem, obserwując ją. W tym momencie sąsiadka z naprzeciwka wyszła ze swojego mieszkania i podeszła do mnie.
- Bartek, mógłbyś zając się nimi przez dwie godzinki? – zapytała prosząco, zupełnie ignorując stojącą koło mnie dziewczynę. Czy ona też nie była prawdziwa?!
- Jasne, ale będą musieli pomóc mi w sprzątaniu – powiedziałem ze śmiechem, na co sąsiadka zareagowała z umiarkowanym entuzjazmem.
- Trochę ruchu z pewnością im nie zaszkodzi. Zaraz ci ich podeślę. Jeszcze raz dziękuję – na jej ostatnie słowa lekko skinąłem głową.
- Zajmujesz się dziećmi? – zapytała zdziwiona dziewczyna.
- Nadal tu jesteś? – odpowiedziałem pytaniem, zamykając za sobą drzwi. Ku mojemu zdziwieniu Alice doskonale wykorzystała ten moment, żeby wejść do środka mojej groty. Dałem sobie za to mentalnego, mocnego kopniaka prosto w miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
- Ale syf! – krzyknęła z podziwem w oczach Alice – Ile to tworzyłeś?!
- Tydzień  - mruknąłem pod nosem, po czym już głośniej dodałem – Możesz już wyjść?
- Mieszkasz sam? – zapytała zdziwiona, siadając na kanapie i całkowicie ignorując moją prośbę.
- Tak – powiedziałem, po czym podszedłem do niej na tyle blisko, by poczuła dyskomfort. – Nie wiesz, że nie powinno się wchodzić do mieszkań samotnych mężczyzn?
Na moje dziwne pytanie, dziewczyna zareagowała głośnym parsknięciem, po czym mruknęła z szerokim uśmiechem:
- Ty mężczyzną? Dobre!
- Słuchaj, naprawdę powinnaś już...
- Dam ci spokój, jeśli obiecasz przyjść dzisiaj do Don Harriego o siedemnastej.
- Zapraszasz mnie na randkę do kawiarni? – zapytałem zdumiony.
- Nie randkę! – zaprzeczyła, czerwieniąc się mocno – Mam problem, potrzebuję pomocy. Po prostu przyjdź, dobrze? – wyszeptała już ciszej, wychodząc z mieszkania i kładąc kopertę z moimi pieniędzmi na stole w salonie.
W mojej głowie zaczęły pojawiać się dziwne myśli. Zmartwiły mnie ostatnie słowa dziewczyny. Od kiedy tylko ją znałem nie okazywała żadnych słabości, czy zawahań, a teraz... Przypominała trochę mnie, kiedy tylko zaczynały się rodzić problemy, wynikające z mojej wady. Co ciekawe mało osób sądzi, że wrażliwość należy do cech negatywnych. Niestety ówczesny świat jest zgoła inny, bezlitosny.
Postanowiłem pójść na spotkanie. W końcu nie miałem nic do stracenia. Kiedy pani Morris przyszła po chłopców, szybko przystąpiłem do szukania jakiś czystych rzeczy. Większość ubrań była dopiero co wyprana i wisiała schludnie na balkonie, dlatego też nie miałem zbyt dużego wyboru. Zdecydowałem się na to co zwykle: glany, ciemno dżinsowe spodnie, rozprute w kilku miejscach oraz koszulę w moro z różnymi przyszywkami. Dawniej nigdy nie ubrałbym się w ten sposób. Co prawda od zawsze kochałem motywy wojskowe, ale o wiele praktyczniejsza wydawała mi się koszula i sweterek. Kto by pomyślał... ludzie ciągle się zmieniają...
Kiedy wychodziłem z domu była już szesnasta czterdzieści. Co prawda nie miałem godzinnej trasy do wskazanego przez Alice miejsca, ale i tak musiałem się pośpieszyć, jeśli chciałem zdążyć. Przed lokalem byłem cztery po piątej. Przekroczyłem próg kawiarni gratulując sobie nadzwyczajnie dobrego czasu. Może powinienem kiedyś wystąpić w jakimś wyścigu dla chodziarzy? Zaśmiałem się w myślach z tego pomysłu. Już wyobrażałem sobie siebie samego, biegnącego parkiem w przykrótkich, czerwonych spodenkach odsłaniających dupę.   To by dopiero musiał być komiczny widok...
W tym momencie ktoś chwycił mnie za rąbek koszuli. Odwróciłem się szybko i zobaczyłem szukaną przeze mnie dziewczynę.
- Hej – powiedziałem, siadając naprzeciw niej.
- Hej – mruknęła, popijając jakiś ciemny płyn.
- Przepraszam za spóźnienie, ale...
- Nie ma sprawy – powiedziała, po czym pomiędzy nami zapanowała cisza. Dziewczyna definitywnie wyglądała na zmartwioną. Miała ściągnięte brwi, a jej usta były skierowane bardziej w dół, niż w górę.
- O czym chciałaś porozmawiać? – zapytałem, a dziewczyna spojrzała na mnie szerokimi, mokrymi oczami. Nie musiałem długo czekać, żeby zaczęła płakać.
- Hej, co jest? – zapytałem zdziwiony, próbując nawiązać z nią jakiś kontakt wzrokowy. Na nic zdały się moje starania, więc postanowiłem zaczekać, aż jej humor choć odrobinę się polepszy.
- Ja... – zaczęła już trochę bardziej opanowana dziewczyna.
- Ty? – zapytałem z lekkim śmiechem.
- Och przestań! – powiedziała głośniej z lekkim uśmiechem – Potrzebuję rady.
- Po to jestem, czyż nie? – powiedziałem szczerząc się szeroko, wesoły z faktu, iż Alice przestała płakać.
- Jak radzisz sobie z tymi komentarzami? – szepnęła dziewczyna, ściskając mocno serwetkę pomiędzy palcami.
- Jakimi komentarzami? – zapytałem zdziwiony. Moja odpowiedź wprawiła dziewczynę w małe zmieszanie.
- Na Facebooku.
- Są tam jakieś komentarze? – nie mogłem przestać się dziwić. Na moją odpowiedź nastolatka zareagowała szczerym śmiechem.
- Nie wchodzisz na niego, co?
- A powinienem? 
- Nie.
To jedno słowo wystarczyło, żeby odpowiednio mnie zaciekawić.
- Dlaczego?
- Nie chcesz tego czytać, już wystarczy, że mnie w to wplątali...
- Kto i w co cię wplątali Alice? – zapytałem ostro.
Dziewczyna skończyła składać serwetkę, po czym spojrzała na mnie uważnie.
- Zanim ci odpowiem, muszę o coś zapytać. Podobno jesteś mordercą. Czy to prawda? – to pytanie spowodowało, że zrobiło mi się słabo. Wspomnienia wróciły. Pamiętacie jak opowiadałem wam, że wydalono mnie ze szkoły za bójkę? U jednego z chłopaków miesiąc po tym zdarzeniu wykryto krwiaka. Nie był on niebezpieczny, ale doszło do dziwnych komplikacji, w rezultacie chłopak umarł. Do dziś nie jestem pewien, czy wydarzyło się to z mojej winy. Nie chciałem jego śmierci.
- Idę do domu, jeśli nie chcesz ode mnie żadnej pomocy – powiedziałem, wstając z krzesła i ruszając w kierunku drzwi. Miałem dosyć tych wszystkich pomówień i plotek na mój temat. Od czegoś takiego można w końcu oszaleć.
- Zaczekaj! – usłyszałem głos Alice, biegnącej za mną. Za raz za nią podążał wcześniej widziany przeze mnie chłopczyk. Dlaczego się tak do niej przyczepił?
- O co chodzi? – zapytałem, odwracając się do niej na pięcie.
- Nie chciałam cię urazić – powiedziała zmartwiona.
- Niestety, ale nie udało się. Jeszcze jakieś obiekcje?
- Zamierzam się na nich odegrać. Chciałam tylko, żebyś wiedział – mruknęła pod nosem, odwracając się do mnie tyłem. Przed jej odejściem powstrzymała ją tylko moja ręka.
- Nie rób tego. Zemsta niczego nie zmieni. Sam się o tym przekonałem.
Dziewczyna jednak zignorowała moje słowa i ruszyła dalej, zostawiając mnie samego pośrodku pustego placu. Postanowiłem się wtedy nie wtrącać w jej zamiary. Okazało się to błędem, o którym dowiedziałem się następnego dnia. Może sami o tym słyszeliście? Musieliście. Mówili o tym w wiadomościach. Kojarzycie opowiastkę o dziewczynie zabijających trójkę chłopców za pomocą przekombinowanych narkotyków? To właśnie była Alice. Nie wiem skąd je wzięła i jakim sposobem sprzedała je chłopakom. Może wcześniej już zajmowała się jakimiś ciemnymi interesami i postanowiła w ten sposób to skończyć? Po całej zbrodni popełniła samobójstwo. Byłem nawet na jej pogrzebie. Ku mojemu zdziwieniu nie widziałem na nim jej rodziców. Jak później mnie poinformowano dawno temu nie żyli. Szesnastolatka mieszkała z dziadkami. Pracowała dlatego, iż musiała pomóc im się utrzymać. O studiach nawet nie było mowy. Nie miała wyboru w przeciwieństwie do mnie. O swojej przyszłości zadecydowałem samodzielnie, a o jej – sam los.
Podczas tej smutnej uroczystości przez cały czas rozglądałem się za czymś jeszcze, a mianowicie małym chłopcem, który twierdził, że dawniej udzielił mi pomocy. Zastanawiałem się, czy zrobił to samo dla Alice. Nigdzie jednak nie mogłem go znaleźć. Równie dobrze mogłem szukać wiatru w polu. Tak bardzo chciałem zadać mu parę pytań: Czy ona tego nie żałowała? Zrobiła to dla siebie, czy dla mnie? Czy mogłem temu zapobiec? W głębi serca wiedziałem jednak, jak brzmią odpowiedzi. Byłem pewien, że nie żałowała. Miała zbyt twardy charakter, by rezygnować, a co dopiero mieć wątpliwości. Zrobiła to dla siebie. Nie byliśmy na tyle blisko, by mogła myśleć i o mnie. I nie, nie mogłem temu zapobiec. Wiem, że to brzmi jak usprawiedliwianie się, ale nie miałem takiej możliwości. Jak mówiłem miała twardy charakter. Nie zrezygnowałaby po rozmowie ze mną.
- Więc twierdzisz, że nie miałeś nic wspólnego ze śmiercią Alice Donmark?
- Tak właśnie twierdzę – powiedziałem do siedzącego naprzeciwko mnie policjanta.
- Dobrze, nie mam więcej pytań – powiedział, patrząc do swojego notesu. – Możesz iść.
Kiedy wyszedłem na zewnątrz odetchnąłem pełną piersią. Była wiosna. Sprawa mojej dawnej koleżanki z pracy nadal trwała. Nikt nie był pewien co stanowiło jej motywacje.
W tym momencie na moje włosy spadł pojedynczy listek. Spojrzałem do góry. Ptaki ćwierkały wśród szeleszczących liści starego dębu. Wzlatywały raz w górę, a raz w dół zabawiając się z porannym wiatrem i promieniami słońca. Zwierzęta choć wyglądały na zadowolone, wiedziały, że niedługo czekają je istotne zmiany. Za parę miesięcy będą musiały odbyć bardzo długą podróż. I choć przyzwyczajone były do corocznych ucieczek przed zimnem bardzo współczułem im życia w ciągłym strachu. Życzyłem im wolności. Dokładnie takiej samej jakiej zaznała Alice.
Nagle coś przykuło mój wzrok, a mianowicie chłopczyk tak często przeze mnie spotykany w ostatnich momentach. Już nie chciałem z nim rozmawiać. Wystarczyło mi jego imię, by poznać jego pobudki. Wiedziałem, że nie będę miał już z nim więcej styczności. W końcu na świecie nie było już rzeczy, których bym pragnął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy twój komentarz dodaje mi motywacji!
Dziękuję za każdy z nich :)