niedziela, 14 maja 2017

Bariera - rozdział 3

Rozdział 3
- Obrzydzenie -

12 styczeń 2016

Jestem obrzydliwa. Każdy człowiek jest. Ich oczy... są niczym gnijące w ciele zabitej sarny robaki. Jak można było stworzyć tak obrzydliwe istoty. Boże coś ty zrobił?

*****

Zaraz po tym jak mój wychowawca wyszedł z budynku został przetransportowany do szpitala. Potrzebował pomocy głównie ze względu na niefortunne położenie nogi na posadzce podczas wyprowadzania uczniów ze szkoły.  Według sprawozdania jakie udzieliła nam nauczycielka, która miała przez pewien czas zająć jego stanowisko, źródłem pożaru był niedopałek papierosa w męskiej toalecie. Zabawne prawda? Tyle wokół wody, a jednak doszło do pożaru. Podobno papier toaletowy uległ podpaleniu, a zaraz po nim pozostawiony przez jednego z uczniów plecak (po który notabene próbowała wrócić wszystkim znana i uratowana przez Wikiego święta trójca). Później wszystko poszło już całkiem szybko. Ogniem zajęły się drzwi i włączył się alarm przeciwpożarowy. Dyrekcja miała na tyle dużego farta, że akurat w skrzydle, w którym doszło do incydentu nie odbywały się lekcje z powodu choroby jednego z nauczycieli. Jak dla mnie powinni podnieść mu pensje za to, że zminimalizował ewentualne straty wśród uczniów do minimum.
            Wbrew powszechnemu przekonaniu o niepójściu następnego dnia do szkoły, dyrektor ogłosił, iż zajście, które miało miejsce nie zwalnia nas w żadnym stopniu z uczniowskiego obowiązku, jaki nad nami ciąży. Śmieszne. Jak można było pomyśleć, że zwolnią nas z zajęć, z takiego powodu? Mało tego jako przykład szkoły z szeroko rozumianymi „perspektywami” musieliśmy odrobić lekcje, które nam przepadły (zostaliśmy zwolnieni do domu, by można było na spokojnie odkryć powód pożaru) z powodu uczniowskiej głupoty. Z tego więc tytułu przez następny tydzień zarówno my jak i nauczyciele musieliśmy przychodzić do szkoły na godzinę siódmą. W takich momentach naprawdę miałam ochotę kogoś zabić. Wstawanie o szóstej w moim przypadku, nie stanowiło pozytywnych skutków, jeśli chodzi o logiczne myślenie. I tak właśnie niemal na każdej lekcji bywałam nieprzytomna. Nauczyciele mogli mówić nie wiadomo o jak zajmujących i arcyciekawych (według nich rzecz jasna) rzeczach, a ja nadal nie byłabym w najmniejszym stopniu zainteresowana tym co mówią. Mój nowy rytm dobowy uległ aż tak poważnej zmianie, że kiedy przychodziłam z powrotem do domu, potrafiłam od razu zasnąć i budzić się w okolicach szóstej godziny, by znowu zarywać nocki na niepotrzebne nikomu zdobywanie wiedzy. I chodź daleko mi było do jakichkolwiek klasowych orłów, czy nie wiadomo jakich mózgowców nie zależało mi na ocenach, lecz utrzymaniu się w tej szkole i przejściu do następnej klasy. Inni nie mieli takich aspiracji, więc jedna jedynka w tę, czy w tamtą nie robiła im żadnej różnicy. Ja z kolei każdą z nich traktowałam jako osobistą porażkę. Kto w końcu powiedział, że humaniści nie powinni ogarniać otaczającego świata i zależności, jakie w nim występują? Właśnie. Nikt. Mało tego! Taka wiedza jest jak najbardziej istotna. Dzięki niej jesteśmy w stanie napisać o czymkolwiek książkę, która nie opierałaby się tylko i wyłącznie na naszych przypuszczeniach i innych bzdetach….
            W tym momencie moje twórcze rozmyślania przerwał dzwonek komórki. Spojrzałam na wyświetlacz: Oskar. Czego on znowu chce?, pomyślałam odbierając telefon. Ostatnio przewodniczący klasy dzwonił do mnie zaskakująco często. Jego powody często wydawały mi się błahe i miałam wrażenie, że zawraca mi głowę tylko z powodu ciążącej nad nim nudy.
            - Tak? – zapytałam, wkładając do plecaka krzyżówki i książkę. Coś w końcu trzeba robić w tej szkole…
            - Weronika?
            - Nie, Duch Święty – mruknęłam, szukając mojego ulubionego pióra. Gdzie ono zniknęło?
        - Ha, ha, ha bardzo śmieszne – powiedział Oskar miłym głosem. – Dzwonię tylko żeby ci przypomnieć, że idziemy dzisiaj po lekcjach do Wikiego.
            - Wikiego? – zapytałam nieprzytomnie, odgarniając sterty papierów zalegające moje biurko.
            - Mhm. Wiem, że szósta to wcześnie, ale...
            - Znalazłam! – krzyknęłam triumfalnie, wprowadzając Oskara w zdziwienie.
            - Okey... A co?
           - Pióro – powiedziałam, po czym przystąpiłam do szukania mojego Wierszennika. Był to mój dziennik, w którym zapisywałam rymy i wiersze, które przychodziły mi do głowy. Nazwę wymyśliłam sama. Wiem. Twórcze.
            - Czy ty w ogóle mnie słuchasz? – zapytał przewodniczący, próbując zwrócić moją uwagę.
          - Słucham – powiedziałam, przerywając poszukiwania – Idziemy dzisiaj po szkole do Wikiego, żeby sprawdzić jak się czuje i ogarnąć plan na dzień sportu. Przed tym z kolei musimy ogarnąć jakieś kwiaty, albo ciastka, żeby nie zrobiło mu się smutno, że nikt o nim nie pamięta – na moją ostatnią uwagę chłopak zareagował śmiechem i po krótkim uświadomieniu mi żebym się pośpieszyła w ogarnianiu życia, rozłączył się. Ah! Jak ciężko być mną!
            Spojrzałam na biurko. Chyba poszukam mój dziennik dopiero, kiedy wrócę do domu. Zarzuciłam na ramię swój plecak, po czym zeszłam na dół do kuchni, żeby wepchnąć w siebie jakieś śniadanie. Nie lubiłam jeść od rana. Robiło mi się niedobrze, kiedy musiałam zjeść choćby kromkę chleba. Na szczęście w moim domu często można było znaleźć obiekty tak niewymagające jak płatki i mleko, dzięki czemu mój brzuch był w miarę zapełniony, przed wyjściem z domu.
            - Dlaczego tak wcześnie wstałaś? – zapytał mnie ojciec, kiedy weszłam do jadalni z przygotowanym przez siebie śniadaniem.
            - Szkoła mnie do tego zmusiła – mruknęłam ze zrezygnowaniem i wpychając w siebie łyżkę z płatkami. Niby z faktem, że muszę zjeść coś od rana czułam się okropnie, ale kiedy tego nie zrobiłam z nosa leciała mi krew. Dlatego więc po przemyśleniu wszelkich zalet i wad porannych posiłków, postanowiłam jednak je podejmować.
            - Ale słońce, jest dopiero szósta czterdzieści...
         - Już?! – krzyknęłam, patrząc w osłupieniu na kuchenny zegar, po czym jeszcze raz sprawdziłam godzinę na zegarku, noszonym przeze mnie na ręce. Spóźniał się o dziesięć minut. No ładnie...
            - Pa, muszę lecieć. Mam lekcję na siódmą – powiedziałam, biegnąc w kierunku wyjścia, mijając w korytarzu mamę.
            - Dlaczego na siódmą? – zdziwił się mój rodzic, kierując pytanie bardziej w stronę mojej matki, niż mnie.
            - To z powodu tego pożaru.... – usłyszałam jej słowa, kiedy wybiegłam z domu jak proca, pędząc na przystanek, na którym za trzy minuty miał pojawić się mój transport. Miałam duże szczęście, że nie dzieliła mnie do niego zbyt duża odległość. 
            W momencie, w którym wsiadłam do autobusu, po raz drugi w ciągu tego dnia zadzwonił mój telefon. Odebrałam go zezłoszczona i nie patrząc nawet kto dzwoni, powiedziałam:
            - Słuchaj, wiem, że wychodzimy dzisiaj po zajęciach, więc nie musisz przypominać mi o tym po raz pięćsetny...
            - Masz randkę?! – usłyszałam pełen zdumienia głos Zośki, dobiegający z aparatu.
            - Nie mam – powiedziałam wkurzona na samą siebie, że nie sprawdziłam wyświetlacza.
            - Jasne! Ja ci tu opowiadam o moich rozterkach miłosnych, a ty nawet słowem nie wspomnisz o swoim kochasiu...     
- Zośka! Naprawdę nie mam żadnej randki, możesz przestać dramatyzować?! – krzyknęłam, chcą zakończyć tę bezcelową rozmowę. Nie ominęła mnie przy tym dezaprobata innych pasażerów pojazdu. Odwracając się do nich tyłem przycisnęłam telefon do ucha i zaczęłam wyglądać na ulicę, dzięki czemu udało mi się zapanować nad emocjami. 
            - Dobra, dobra trzymam cię za słowo.
            - Co chciałaś?
            - Zapytać, czy taki jeden brunet z twojej klasy jest wolny.
            - Jaki brunet? Przeszedł ci już ten cały Seba?
            - Zwariowałaś?! -nagły, podniesiony głos Zośki zmusił mnie do odsunięcia telefonu od ucha – On jest najwspanialszy na świecie! Nigdy, przenigdy mi on nie przejdzie! – usłyszałam jej naburmuszony głos.
            - Okey... Więc po co ci ta informacja? A i jaki brunet?
            - Koleżanka pyta, podobno chodziła z nim do gimy.... – powiedziała. Jej następne słowa były trochę przytłumione, ponieważ kierowała je zapewne do wspomnianej pytającej – Jak on się nazywał? A... ok. – teraz Zośka z powrotem zwróciła się do mnie – Oskar Przemyśliwski. Kojarzysz może?
            - Taa jest przewodniczącym w naszej klasie i chyba jest wolny. Nie chwali się przynajmniej nikim bliskim. A ty co? Robisz za pośrednika? Czym ci płacą?
            -  Dwoma sokami jabłkowymi – stwierdziła uradowana – Jakbyś mogła, to popytaj go jeszcze, co? – powiedziała błagającym tonem.
            - A co ja, szpieg jakiś? Poza tym jeszcze sobie pomyśli, że do niego startuję. Już i tak mam dosyć telefonów od niego.
            - Podbija do ciebie? – zapytała niedowierzając.
            - Nie wiem. Raczej jest po prostu bardzo skrupulatny. Ostatnio mamy małe zamieszanie z tym dniem sportu i brakuje nam ludzi do pracy, więc robię wiele rzeczy na raz.
            - Ty i angażowanie się. Aż cię nie poznaję – stwierdziła ze śmiechem.
            - Ja też. Dobra, musze kończyć, bo Kiszka mnie zamorduje. Odezwę się później -powiedziałam, kiedy zobaczyłam mój przystanek.
            - Spoko. Powodzenia – usłyszałam tylko, po czym dziewczyna się rozłączyła. Co ja z nią mam?
            Wiem możecie w tym momencie pomyśleć, że jestem hipokrytką. Krytykuję ludzi, którzy zajmują się tak błahymi rzeczami, a z drugiej strony przyjaźnię się z Zośką i rozmawiam o nieistotnych z punktu egzystencjalnego rzeczach. Na swoje usprawiedliwienie mogę podać tylko jedno z przychodzących mi w tej chwili do głowy wyjaśnień: nie robię tego przez cały czas i nie żyję tym. Co to dla mnie znaczy? Niektóre dziewczyny są w stanie pieprzyć o jakichś chłopakach dwadzieścia cztery godzin na dzień i nie robią nic prócz tego. Nie mają żadnych zainteresować, ani celów w życiu. Nul, zero ok? Jeśli zapytasz taką laskę o to co robi we wolnym czasie odpowie ci zapewne, że ogląda jakiś serial, albo jakieś makijażystki na youtube. Jak dla mnie jest to najskuteczniejszy sposób, żeby przetracić większą część swojego życia. Choć niektórzy mogą to robić dla czystej radości. Jeśli sprawia to komuś frajdę, to w końcu czemu nie? Tutaj dochodzimy do meritum tej sprawy. Co w życiu jest ważne? Hasło carpe diem           , czy też osiągnięcie czegoś większego, kosztem naszego czasu?
            Wbiegłam do szkoły akurat w momencie, w którym zadzwonił dzwonek. Po pogratulowaniu sobie zabójczej punktualności, pobiegłam pod salę, do której akurat wchodzili uczniowie klasy humanistycznej. Szybko wmieszałam się w tłum, po czym ruszyłam w kierunku swojego stałego miejsca przy oknie. Kiedy tylko położyłam moją torbę na ławce, podszedł do mnie Oskar. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, powstrzymałam go ruchem ręki.
            - Tak, nadal pamiętam o wyjściu do Wikiego po szkole, więc nie musisz mi już o tym przypominać.
            Chłopak spojrzał na mnie na początku bez żadnego zrozumienia. Dopiero po chwili zaskoczył o co tak naprawdę mi chodzi.
            - Tak naprawdę chciałem zapytać, czy mogę z tobą usiąść, ale jeśli masz mnie już na dzisiaj dosyć, to...- powiedział, wzruszając ramionami. Spojrzałam na niego zdziwiona.
            - Jeśli chcesz, możesz usiąść... – zaczęłam, ale przerwał mi głośny głos Kiszki.
            - Bądźcie już cicho i zaczynajmy lekcje! Weroniko chciałabyś coś jeszcze powiedzieć? – zapytała, wpatrując się we mnie przeszywająco.
            - Nie pani profesor. Przepraszam, że przeszkadzam – mruknęłam formalnie, po czym usiadłam na swoim miejscu. Za moim przykładem szybko postąpił Oskar i pojedyncze osoby z klasy.
            Na początku miałam dobre intencję. Naprawdę! Ale Kiszka... to jednak Kiszka. Po pięciu minutach lekcji (z których to trzy poszły na sprawdzanie obecności) byłam na tyle znudzona, że zaczęłam robić wszystko, żeby tylko nie zasnąć. Najpierw próbowałam się przekonać, że proces fermentacji mlekowej jest naprawdę ciekawy. Kiedy to nie podziałało, zaczęłam robić notatki, później czytać temat w podręczniku. Po dziesięciu minutach poddałam się doszczętnie i wyciągnęłam z plecaka krzyżówkę. Kto wie? Może dzisiaj uda mi się nie zginąć?
Pierwsze pole pytało o produkty fermentacji alkoholowej. Zamknęłam książeczkę zła na cały świat. Dlaczego ta cholerna chemia musi być wszędzie? Czemu cały wszechświat uparł się, żeby dowalić mi ją na każdym kroku? Boże co się ze mną dzisiaj dzieje... chyba zbliża mi się okres.Tak to się nigdy nie dogadamy...
Schowałam krzyżówki z powrotem do torby. 
            W tym momencie Oskar podsunął mi kartkę z nakreślonym pytaniem:
~ Co robisz? XD
~ Próbuję wymazać chemię z mojego życia, odpisałam szybko, patrząc uważnie na chemiczkę, która zrobiłaby wszystko, żeby tylko mnie pogrążyć.
~ Ciekawie wygląda ten proces... Sama go wymyśliłaś?, uśmiechnęłam się pod nosem, po czym napisałam:
~ Tak. Jeśli chcesz mogę ci wyjawić krok po kroku jak działa. Oczywiście za drobną opłatą... ^-^
~ Obawiam się, że nie jestem na tyle bogaty... Chyba, że dasz się przekupić w inny sposób?
~ Obawiam się, że ciężko jest mnie przekupić.
~ Może kawa i ciasto wystarczą? Spojrzałam na chłopaka zdezorientowana. Czy on zaprasza mnie na randkę?! Oskar patrzył na mnie szczerząc się od ucha do ucha. Musiałam przyznać, że miał całkiem ładny uśmiech...
            - Weroniko do świętej Anielki! Dlaczego choć raz nie możesz się skupić na mojej lekcji?! Do tablicy uzgodnić współczynniki! Ale już!
            Przez dalszą część lekcji nauczycielka nie spuszczała ze mnie wzroku i przez cały czas sprawdzała, czy jestem przytomna. Ja tymczasem nie wiedziałam co mam o tym wszystkim myśleć. Pierwszy raz ktoś zaprosił mnie na randkę i nie mam najmniejszego pojęcia jak powinnam się z tej okazji zachować. W takiej sytuacji rady Zośki bywały naprawdę niezbędne dla mojego prawidłowego funkcjonowania. Bez nich zamyślę się na śmierć. Znając życie musiałabym odpowiedzieć Oskarowi do końca dzisiejszego dnia...

*****

            - Ziemia do Weroniki – powiedziała Sandra, machając mi ręką przed twarzą – Mieliśmy iść do Wikiego. Pamiętasz jeszcze?
            - Pamięta, pamięta – powiedział Oskar, podchodząc do nas – Przypominałem jej o tym dzisiaj chyba ze trzy razy – stwierdził śmiejąc się lekko.
            - Potwierdzam – mruknęłam z lekkim uśmiechem, po czym zarzuciłam na siebie plecak – To co kupujemy? Ciasto, kwiaty, czy jakąś książkę?
            - Książkę? – zapytała zdziwiona Sandra – Po co?
            - Może się mu tam nudzić, co nie? – powiedziałam.
            - Racja, ale pewnie zaopatrzył się już w swoje. Poza tym nie wiemy w czym gustuje – stwierdził Oskar, przepuszczając nas w drzwiach wychodzących na dziedziniec szkoły – Może pozostaniemy przy kwiatach i cieście?
            - Dobra -   odpowiedziałyśmy zgodnie, co wywołało śmiech całej naszej trójki.
            Kiedy już zakupiliśmy potrzebne nam rzeczy, ruszyliśmy w kierunku szpitala. Nie znam człowieka, który lubi przebywać w tych budynkach. Ja z całą pewnością się do nich zaliczam. Kiedy tylko przekroczyłam jego próg uderzył we mnie obrzydliwy zapach tego miejsca. Środki dezynfekujące próbujące zamaskować woń śmierci. Przed moimi oczami pojawił się obraz, który tak usilnie próbowałam wymazać... Niesamowite ile szczegółów jest w stanie zapamiętać ludzki umysł...

*****

            - Szybko! Pośpieszcie się! Tracimy ją! – usłyszałam krzyk jakiegoś człowieka. Gdzie ja jestem?! Zaczęłam oddychać szybciej niż zazwyczaj. Moich nozdrzy dobiegł okropny zapach środków odkażających. Jestem w szpitalu...? Dlaczego? Po chwili poczułam silny ból w okolicach nadgarstków. Było mi na tyle słabo, że marzyłam tylko i wyłącznie o głębokim śnie. Moje ciało przeszywało straszliwe zimno. Czułam jakbym była martwa.
            Nagle przypomniałam sobie o wszystkim. Te zdjęcia...
            - Dajcie mi umrzeć – wyszeptałam słabo, a z moich oczu zaczęły lecieć łzy. – Proszę... zostawcie mnie w spokoju...
            - O czym ty mówisz dzieciaku! – krzyknął jakiś męski głos z oddali – Nie pozwolimy na to! Postaraj się jak najdłużej pozostać z nami! Słyszysz mnie?! Odezwij się! Hej!
            Wypowiadane przez mężczyznę słowa stawały się coraz bardziej ciche i nic nie znaczące. Zmuszały mnie do czegoś, kiedy ja nie chciałam nic robić. Marzyłam tylko o śnie. Spokojnym, cichym śnie. Nie musiałam na niego długo czekać. Już po chwili dryfowałam w krainie ciemności, która otulała mnie w swoim ciepłym kokonie i nie dopuszczała do mnie żadnych niebezpieczeństw.

*****

            - Hej Wera, wszystko w porządku? – zapytał Oskar, kiedy staliśmy przy recepcji – Zbladłaś.
            - W porządku – powiedziałam słabo. Nie wiem, czy mój stan był spowodowany wspomnieniami, czy też niezbyt treściwym śniadaniem. Było mi dziwnie słabo, miałam mroczki przed oczami i lekkie kłopoty z oddychaniem.
            - Nie chcesz usiąść? – zapytał zmartwiony chłopak.
            - Na chwilę. Zawołajcie mnie, kiedy będziecie wiedzieli gdzie jest, dobrze?
            - Jasne – powiedzieli, oprowadzając mnie wzrokiem do krzesła. Kiedy usiadłam, pokazałam im dwa kciuki, jako dowód mojego dobrego samopoczucia. Ale ze mnie kłamca... Im to najwyraźniej wystarczyło, bo już po chwili byli z powrotem odwróceni w kierunku kontuaru. Oparłam ciężko głowa o swoje dłonie, oddychając głęboko. Pierwszy raz od kiedy byłam w szpitalu, czułam się aż tak źle. Podsunęłam lekko rękawy swojej czarnej bluzy. Blizny, jakie znajdowały się na moich nadgarstkach znowu przypomniały mi o wydarzeniach, które odbyły się zaledwie kilka miesięcy temu. Nadal nie uważam, iż fakt, że jeszcze żyję jest powodem do szczęścia, czy dziękowania komukolwiek. Równie dobrze mogłoby tu mnie nie być. Moim rodzicom i Zośce byłoby lżej.
            - Weronika? – usłyszałam znajomy głos po swojej prawej stronie. Obróciłam szybko głowę w jego kierunku, naciągając jednocześnie na dłonie bluzę. Moim oczom ukazał się profesor Wikowiak we własnej osobie.
            - Dzień dobry – powiedziałam z lekkim uśmiechem, mając nadzieję, że nie widział moich pozostałości po próbie samobójczej. Jego zmartwiona twarz mówiła mi jednak co innego.
            - Dzień dobry. Co tu robisz? – zapytał, siadając przy mnie.
            - Przyszliśmy zapytać jak się pan czuje – powiedziałam, wskazując na pozostałą dwójkę reprezentującą naszą klasę, która właśnie szła w naszym kierunku. Kiedy Wiki zauważył Oskara i Sandrę, na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Znikł jednak minimalnie, kiedy zerknął na mnie.
            - Dobrze się czujesz? Jesteś straszliwie blada, w całej okazałości tego słowa – próbował zażartować i ukryć w ten sposób troskę.
            - Jest pan drugą osobą, która mi to dzisiaj mówi – stwierdziłam, śmiejąc się cicho. – Po prostu w ten sposób działają na mnie szpitale.
            - Nie musiałaś więc zmuszać się i tu przychodzić.
            - Spokojnie. To dla mnie żaden problem – zapewniłam. W tym momencie pojawiła się przy nas pozostała dwójka.
            - Nawet nie wiecie, jak bardzo jestem zdziwiony waszym przyjściem – powiedział nasz wychowawca z szerokim uśmiechem.
            - Chcieliśmy tylko się upewnić, czy przeżyje pan do dnia sportu – zapewnił Oskar, siadając koło mnie – Już ci lepiej? Niedługo też tu wylądujesz, jeśli będziesz się tak przepracowywać – powiedział, trącając mnie lekko w ramię.
            - Daj spokój. Co jest trudnego w rozpisaniu planu atrakcji?
            - Nic, poza przeliczeniem go na czas trwania, ilość gości oraz ewentualne utrudnienia ze strony dyrekcji.
Przewróciłam oczami, w odpowiedzi na jego uwagę. Dla mnie nie był to żaden problem. Lubiłam zajmować się tego rodzaju sprawami. Wiki najwyraźniej też był w podziwie, bo poklepał mnie lekko po głowie, pokazując w ten sposób swoją aprobatę dla moich działań.
            - Dobra robota Weroniko – stwierdził, a potem zwrócił się już do wszystkich – Jak ze zbieraniem ochotników do pomocy?
            - Mamy tylko troje – powiedziała Sandra, siadając koło nauczyciela.
            - Na co dali się przekupić? – zapytał nauczyciel.
            - Po piątce wagi dwa z polskiego – odparł z kamienną miną Oskar.
            - Niech stracę – mruknął do siebie Wiki – Reszta na to nie poszła?
            - Nie – odpowiedzieliśmy zmartwieni.
            - Dobrze. Jakoś sobie w takim razie poradzimy. Co z nagrodami?
            - Mamy piłki, rakiety do tenisa i opaski sportowe.
            - A co ze zgłoszeniem naszej drużyny piłkarskiej?
            - Chłopcy zaskakująco szybko utworzyli zespół – powiedziałam, przypominając sobie rozanieloną minę Adama, który oddawał mi zgłoszenie.
            - Cudownie! – rozpromienił się nauczyciel – Powinienem przyjść już na dzień sportu, więc będę mógł przynajmniej popatrzeć jak grają.
            Zapanowała na chwilę pomiędzy nami niezręczna cisza, którą postanowiłam przerwać.
            - A właśnie. Mamy podarek dla nowego bohatera naszej szkoły – powiedziałam, wręczając nauczycielowi bukiecik niebieskich kwiatów. Zrezygnowaliśmy z ciasta, ponieważ cukiernie były za bardzo oblegane, a godziny odwiedzin nieuchronnie zbliżały się ku końcu.
            - Dziękuję bardzo. Nie trzeba było – powiedział ze śmiechem i ze zakłopotaniem drapiąc się po głowie.
            - Należy się panu lepszy prezent, ale wszystko poszło na piłki do koszykówki – powiedział ze śmiechem Oskar.
            Kiedy po jakiejś godzinie rozmowy wychodziliśmy ze szpitala, słońce chyliło się ku dołowi. Bardzo mnie to zmartwiło. Rodzice będą się cholernie martwić. Tym bardziej, że kiedy chciałam do nich zadzwonić, odkryłam, że bateria w moim telefonie jest rozładowana. Wzruszyłam ramionami sama do siebie. Będę martwiła się o konsekwencje innym razem.
            Jako, że Oskar jechał tym samym autobusem co ja. Stwierdził, że mnie odprowadzi. Po Sandrę i tak przyjechała siostra, która właśnie wracała z pracy, więc nie martwiliśmy się, czy dotrze do domu w jednym kawałku.
Kiedy jechaliśmy pojazdem, chłopak zapytał mnie, czy pójdziemy jutro na obiecaną mu kawę. Pomyślałam o swoich bliznach i małej liście rzeczy do zrobienia. Może warto poszukać czegoś interesującego w tym życiu?
- Jasne. Czemu nie? – odpowiedziałam mu, wychodząc z pojazdu. Gdy usłyszał moją zgodę, bardzo się ucieszył. Może nie będzie aż tak źle? Miło sprawiać innym radość... Oskar odprowadził mnie całkiem daleko i pożegnał się ze mną zaledwie ulicę od mojego domu. Kiedy tylko znikł z mojego polu widzenia, pobiegłam przerażona ku mojej jedynej, bezpiecznej ostoi. Wokół panowała ciemność, a ja bardzo bałam się jej władzy. Choć czasami... była nadzwyczaj miła.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej tu znowu ja ^-^ Przesyłam wam kolejny rozdzialik (jestem dumna, że napisałam go wcześniej i będziecie mieli dzięki temu co czytać ;) ), w którym akcja dopiero zaczyna się rozkręcać. Tak naprawdę ciężko mi czasami uzyskać szybko rozwijające się fabuły, dlatego proszę was o cierpliwość. 
Na samym końcu chciałabym jeszcze wszystkim podziękować, że tu zaglądają. Mam nadzieję, że dzięki temu blog choć w małym stopniu ożyje.

Do następnego razu
Bez odbioru!
~ Maou

niedziela, 7 maja 2017

Bariera - rozdział 2

Rozdział 2
- Obojętność -


7 styczeń 2016

Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że to będzie zły pomysł. Dlaczego rodzice tak bardzo nakierowywali mnie na tę przeprowadzkę?! Jest jeszcze gorzej niż był. Staczam się coraz niżej. Coraz częściej mam ataki strachu. Nie mogę tak żyć. Nie chcę tego. Mamo... dlaczego popełniłaś ten błąd? Dlaczego mnie urodziłaś?

*****

Czarne wskazówki zmieniły swoje położenie z godziny 11:59 na 12:00. Tylko sekundowa wiedziała, że od jej ruchu zależy przyszłość tego świata. Dlatego właśnie szybko mknęła przez białą tarczę, by z liczby sześć, szybko pomknąć do wspomnianej wcześniej dwunastki, powodując tym samym ruch jednej z jej poprzedniczek. Tym oto sposobem z godziny 12:00 powstała 12:01. Czy to są jakieś jaja? Ile jeszcze jest mi dane obserwować ten zegar, nim doczekam się końca lekcji?! Spokojnie Weroniko! Będzie dobrze! Jeszcze tylko pół godziny. Albo aż pół godziny. Nadal nie mogę zrozumieć dlaczego uczniowie muszą być aż tak uzależnieni od tak błahych rzeczy jak dzwonek. To tylko przedmiot, a w społeczeństwie szkolnym jest traktowany niczym pogański bożek. Brakowało by mu jakichś kóz i siekiery, a byłby traktowany na równi z Turupitem!  Czy tylko mnie wydaje się to nie dorzeczne?
Kolejnym problemem byli uczniowie. Nie mieli oni w ogóle szacunku do jakiegokolwiek nauczyciela. Kiedyś ludzie nie pozwalali sobie na aż tak dużo jak dzisiaj. Normalnym jest przeglądanie fejsa na lekcjach, czy cykania sobie zdjęć na snapa. Co będzie następne? Przenośny sprzęt do gry w Diablo? A nie przeprasza, przecież można już grać w tę grę na telefonie... Dlaczego sami się ogłupiamy?
- Weroniko możesz odpowiedzieć na moje pytanie? - zapytała, delikatnie mówiąc wkurzona nauczycielka.
- Eeee... - zaczęłam całkiem zgrabnie, szukając jego treści na tablicy. Los chciał, że była ona pusta. Dlaczego tylko ja mam takiego pecha?
- Tak, tak bardzo ciekawe, proszę kontynuuj - powiedziała prześmiewczo profesor Kiszka, która nauczała nas chemii. Tak swoją drogą rodzice musieli bardzo okaleczyć ją tym nazwiskiem...
- Przepraszam, nie uważałam i nie wiem jaka jest treść pytania - przyznałam, patrząc ze skruchą w oczy brunetki. W myślach natomiast przeklinałam swoją głupotę. Dziewczyno to dopiero pierwszy tydzień, a już robisz sobie wrogów! 
Nauczycielka otwierała usta, by powiedzieć coś zapewne istotnego dla tego typu sytuacji, ale przerwało jej gwałtowne wejście do klasy pana Wikowiaka. Spojrzałam w jego kierunku ze zdziwieniem. Nie tylko ja tak zareagowałam. Co on tu robił?
- Przepraszam za wtargnięcie - zwrócił się mężczyzna do Kiszki. - Mógłbym porwać trójkę klasową na minutkę? 
Nie musiał prosić. Chemiczka wyglądała, jakby miała się rzucić pod jego nogi, żeby tylko w jakiś sposób się mu przypodobać. Zauważyłam to dwa dni wcześniej, kiedy to specjalnie dla naszej klasy przyniosła szczegółowe zagadnienia, które powinniśmy sobie powtórzyć na naszą pierwszą lekcję. Wydarzenie to miało oczywiście miejsce na naszej lekcji polskiego. Żeby nie skompromitować doszczętnie swojej profesor, nie wspomnę nic o jej przymilnej gadce szmatce kierowanej do Wikiego, a już w ogóle nie ma opcji abym szepnęła komukolwiek o jej jakże nieadekwatnym do tej okazji ubraniu (nie każdy w tej placówce ma pozwolenie na chodzenie w dekolcie odsłaniającym sutki). Także zapamiętajcie, nawet jeżeli poprosicie, nie mogę wam wyjawić szczegółów tamtego wydarzenia (tego cmoknięcia w policzek na do widzenia również!). 
- Jasne - powiedziała, uśmiechając się szeroko i kiwając ze zapałem głową. A już miałam nikłą nadzieję, że w liceum IQ wśród nauczycieli raczej wzrasta, niż umiera śmiercią naturalną. I ci ludzie żądają, żeby tytułować ich nie wiadomo jakimi stanowiskami... nie zasługują na to.
Wstałam ze zrezygnowaniem z miejsca, po czym skierowałam się w kierunku drzwi.
- A ty dokąd? -zapytała zdziwiona nauczycielka.
- Jestem łącznikiem... - mruknęłam pod nosem, na co ona spojrzała na mnie, jakby chciała mnie zabić.
- Łącznik w naszej trójce jest rodzajem zastępcy przewodniczego - ruszył mi z pomocą jeden z chłopaków, siedzących w ławce z tyłu sali. Choć wytłumaczenie to nie wyjaśniało zbyt wiele, nauczycielka nie pytała o nic więcej. Hm... może nie chciała się zbłaźnić przed swoim menem?
Kiedy zamykałam za sobą drzwi klasy, mignęły mi przed oczami brązowe włosy nauczycielki. Czułam, że się nie dogadamy. I nie tylko z powodu braku mojej sympatii do wykładanego przez nią przedmiotu, ale i różnicy charakterów. Miałam tylko nadzieję, że nasze relacje nie będą wyglądały tak samo jak te pomiędzy mną i moją wychowawczynią, która miała okazję „wychowywać” mą skromną osobę przez ostatnie trzy lata...

*****

- Weronika twoja wychowawczyni znowu dzisiaj dzwoniła! Coś ty najlepszego do kurwy nędzy zrobiła?! Jak mogłaś przynieść martwego ptaka do klasy i wyrwać mu skrzydła!  - krzyczała moja matka, bijąc mnie po plecach - Ty mały, przeklęty potworze! Jesteś przecież już duża, jak możesz być tak okrutna!
- Mówię przecież, że tego nie chciałam do CHOLERY! - wrzasnęłam, rycząc wniebogłosy. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy przeklęłam.
- Coś ty powiedziała?! - krzyknęła rodzicielka, ciągnąc mnie za kaptur od bluzy i wrzucając brutalnie wprost do mojego pokoju - Nie dostaniesz dzisiaj kolacji. Jeszcze raz zrobisz coś podobnego, a możesz od zaraz przeprowadzać się do babci Mieci! 
Kiedy usłyszałam przekręcany w zamku klucz rozbeczałam się na amen. Wszystko mnie bolało i to nie tak zwyczajnie. Plecy paliły mnie żywym ogniem, a oczy zdawały się być wypalone przez rozgrzany drut. Gardło z powodu mojego głośnego krzyku, zaczynało odmawiać mi posłuszeństwa. 
Dlaczego mi nie uwierzyła?! Ja naprawdę nie zrobiłam tego z własnej woli! Zmusili mnie!
- NIE ZROBIŁAM TEGO!!! -wrzasnęłam znowu, płacząc żałośnie. Bolało mnie serce, a zaraz po nim dusza. Nie mogłam tego pojąć - jak można być ukarany za coś, co zrobiło się z konieczności, po to by przeżyć. W końcu ludzie są wtrącani do więzień, kiedy zabiją kogoś bezpodstawnie, a gdy uczynią to w momentach samoobrony, reguła ta traci moc, prawda? Więc dlaczego? DLACZEGO?! Ukarała mnie w dodatku własna matka. Nie wysłuchała moich zeznań, lecz od razu przypięła mi znaczek potwora. Jak można nie uwierzyć w słowa własnego dziecka?! Jakim człowiekiem trzeba być, by tego nie zrobić?!  Nawet oskarżeni mają kogoś po swojej stronie. Dlaczego ja musiałam zostać sama? 
Kiedyś usłyszałam, że Bóg daje na nasze barki, tylko tyle cierpienia ile jesteśmy w stanie unieść. Dlaczego musiał się pomylić akurat w moim przypadku? Nie jestem tak silna jak myśli. Ba! Nie mam nawet w połowie tak rozwiniętych mięśni, jakby tego chciał! W końcu jestem tylko małą, drobną piętnastoletnią dziewczyną, która wzięła w swe dłonie trupa i rozerwała, go na oczach klasy, by jej prześladowcy nareszcie się od niej odczepili. Nie chciałam zgrywać nie wiadomo jak pokręconej dziwaczki. Moim jedynym marzeniem było bycie normalną. Nie tą z której można się ponabijać, czy tej brunetki od rozszarpanego ptaka. Pragnęłam być Weroniką. Miłą, inteligentną dziewczyną, do której można przyjść po pomoc.
Podpełzłam do mojego łóżka i ściągnęłam z niego koc, którym automatycznie się okryłam. Znowu zaczęłam płakać. Tak bardzo się bałam. Nie tylko reakcji osób z klasy, ale i opinii rodziców na mój temat. Kiedy tylko tata dowie się o tym co zrobiłam, zabije mnie . Dlaczego dorosłych nie obchodzą powody, tylko skutki danych sytuacji. Jak można być takim hipokrytą? W prawie wyrok jest regulowany w stosunku dla przyczyny naszego postępowania. Czemu w życiu codziennym to nie działa? 
Zaczęłam się coraz bardziej trząść. Musiałam poradzić sobie sama. Skoro cały świat jest przeciwko mnie, muszę z nim walczyć. Szybko, na uginających się nogach, podbiegłam do krzesła stojącego przy moim biurku i podłożyłam je pod klamkę od mojego pokoju. Dzięki temu rodzice, nawet posiadając klucz, tu nie wejdą. Właśnie! Zamek! Podbiegłam szybko do tablicy korkowej i wyciągnęłam z niej parę szpilek, które następnie powkładałam z precyzją do wejścia od klucza. Następnie całą konstrukcję z dokładnością zegarmistrza umocniłam plasteliną. Mam nadzieję, że barykada ta będzie w miarę mocna. Następnie pora na kryjówkę. Kiedy zdołają wejść do mojego pokoju, pewnie zaczną mnie szukać, żeby na mnie nakrzyczeć. Odsunęłam lekko łóżko od ściany, w kierunku regału z książkami. Pomiędzy meblami umieściłam koc, a podłogę wyściełałam kołdrą i poduszkami. 
W ten sposób spędziłam trzy dni. Czytałam książki w moim, małym, opuszczonym przez ludzi świecie.

*****

- Potrzebujemy większego zaangażowania ze strony klasy -powiedział Wiki, opierając się całym ciężarem ciała o ścianę.
- Nie chcą współpracować - mruknął przewodniczący klasy ze zrezygnowaniem.
- Więc trzeba będzie ich zmotywować - stwierdził nasz wychowawca.
- Próbowałem wszystkiego: dodatkowe punkty, oceny i dozgonna wdzięczność...
- Czyja? - zapytał parskając śmiechem Wiki.
- Pana - powiedział przewodniczący, szczerząc się jak głupi, na co profesor Wikowiak zareagował udanym strachem, a zaraz po nim ulgą.
- Na szczęście, że nie przyjęli takiej formy nagrody - powiedział, po czym już poważniejąc stwierdził - Potrzebujemy jeszcze sześć osób, więc na każdego z was po jednej do zebrania. Jeśli będziemy mieli ich za mało, to w życiu nie zorganizujemy dnia sportu. Nie zapominajcie, że czas nas goni. Potrzebujemy świeżej krwi najpóźniej do końca tygodnia. Czy to jasne?
- Tak - mruknęliśmy pod nosami niechętnie.
- No już nie zniechęcajcie się tak. Macie jeszcze całe trzy dni. A teraz możecie już iść do klasy.
Pożegnaliśmy się, po czym weszliśmy z powrotem do sali. Gdy tylko przekroczyłam jej próg, Kiszka zmierzyła mnie przeszywającym spojrzeniem w stylu: dzisiaj ci odpuszczę, ale następnym razem nie licz na to złotko. Zajęłam szybko miejsce w ławce, po czym zaczęłam uważnie obserwować tablicę chcąc choć  w małej części zrozumieć tajemne zapiski, które się tam pojawiły. Po pięciu minutach bezrozumnego wgapiania się w chemiczne zagadki, uświadomiłam sobie, że wiedza tak tajemna nie jest przeznaczona dla zwykłego śmiertelnika, jakim właśnie byłam. W rezultacie skończyłam na myśleniu o niebieskich migdałach. D o s ł o w n i e. Tematem moich rozważań było zastanawianie się o posiadaniu takich cacuszek. Czy gdybyśmy byli chorzy, stawałyby się one granatowe, czarne, czy błękitne? A może byłyby w jakiś sposób uodpornione na tego typu sytuacje? Czy miałyby jagodowy smak i czy po jakimś czasie nie zbrzydłby on nam na tyle, że rozważalibyśmy ich wycięcie? Może warto po debatować na temat tego typu rzeczy z Zośką? Ona zawsze miała jakieś dziwne teorie spiskowe....
- Weroniko na litość boską... - zaczęła profesorka, lecz jej wypowiedź przerwał nagły dzwonek. I o dziwo nie oznaczał on przerwy. Sygnał powtórzył się trzykrotnie, co spowodowało mały zgiełk wśród uczniów. Po minie Kiszki odgadłam, że to nie były zwykłe ćwiczenia, które zazwyczaj mają miejsca w okolicach października.
- No proszę już w pierwszym tygodniu nauki, nasza buda się fajczy! - krzyknął jakiś palant z tyłu. Może się powtórzę, ale muszę to napisać: co do cholery robią ludzie w tej szkole?
- Proszę się ustawić para za parą - powiedziała chemiczka, a gdy zauważyła nasz niezbyt duży entuzjazm krzyknęła zrozpaczona- Pośpieszcie się proszę!!!
Na ten odzew zareagowała cała klasa. Jak jeden mąż ruszyła posłusznie na jeden koniec sali, jeden chłopak pomyślał nawet o zamknięciu okien w sali, za co nauczycielka podziękowała mu skinieniem głowy. Gdy tylko zostaliśmy przeliczeni, ruszyliśmy wzdłuż korytarzu prosto do wyjścia, mijając po drodze inne klasy i nauczycieli uspokajających się nawzajem. Nie sądziłam, że można być aż tak nieprofesjonalnie nastawionym do swojego zawodu.
Kiedy szliśmy przez szkołę chcąc wydostać się na zewnątrz co chwila próbowałam wyczuć dym, bądź podobny do niego zapach. Na początku nic takiego nie czułam, lecz z czasem, kiedy schodziliśmy coraz niżej dym dawał nam się we znaki.
- Zakryjcie nos i usta jakimś materiałem! - krzyknął przewodniczący klasy, a reszta postąpiła według jego wskazówek. Nikt tak naprawdę nie wiedział dlaczego wykonywaliśmy jego polecenia. Wydawało nam się to w tamtym momencie rozsądne. Kto wie może nawet dzięki temu uratował nam życie? W końcu w pożarze nie chodzi o ogień, lecz dym.
Co by było gdybyśmy spłonęli w tym budynku? Zapewne moje problemy skończyły by się, nie otrzymywałabym dziwnych maili, a moi rodzice nie mieliby już powodów do zmartwień. Dlaczego jedynym kłopotem ludzi w moim wieku była szkoła? Obecnie mam tyle rzeczy na głowie, że nie jestem prawie w stanie o niej myśleć. Choć i tak jest lepiej niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej... Co nie zmienia faktu, że moje problemy się nie skończyły. Mało tego ostatnio zaczęły pojawiać się nawet kolejne.
Tak... śmierć w takim wypadku jest najlepszym z możliwych wyborów jakich mogłabym dokonać. Może nie jest najskuteczniejsza i najmilsza dla otaczających mnie ludzi, ale jest najłatwiejsza. Dla mnie samej tylko to się liczy, a może liczyło? Obecnie jest nawet ok. Nie mam już tak często stanów depresyjnych, a ludzie nie starają się mnie aż tak gnębić jak za dawnych czasów, mimo tego czuję, że moje życie nie ma głębszego sensu. Moje cele do których niby dążę są tak naprawdę na szybko wymyślonymi punktami, które trzeba na szybko zaliczyć w jakiejś chorej grze. Podczas jej przechodzenia myślimy, że jest bardzo monotonna i długa, tymczasem jej akcja leci w zawrotnym tempie. Nikt tylko nie zdaje sobie z tego sprawy... Ja sama zaczęłam myśleć o życiu w ten sposób dopiero od co najmniej roku. Ludzka egzystencja nie jest dla mnie niczym innym jak zaliczaniem następnych punktów w obowiązkowej liście, jaką powinien wypełnić każdy z nas. I choć może wydawać się to niesprawiedliwe, a myślenie o złożoności naszego świata w ten sposób trochę depresyjne, nadal nie zamierzam zmieniać swojego poglądu na ten temat. Każdy z nas trzyma jedną konsolę. Każdy gra sam.
Dlaczego więc szkoła uczy nas czegoś innego? Nawet teraz opuszczaliśmy budynek razem, choć osobno mielibyśmy o wiele większe szanse na przeżycie. Ludzie na siłę starają się tworzyć pomiędzy sobą powiązania, tylko po to, by kiedyś, w przyszłości żądać od kogoś w zamian pomocy. Od najmłodszych lat zapewniamy sobie podpowiedzi do przejścia gry, wykorzystując fakt, że jesteśmy w niej nowi. Szukamy instrukcji i nim do końca zorientujemy się jak działa cały ten system, gra się kończy, a wraz z nią nasze życie.
Kiedy wyszliśmy ze szkoły, nad budynkiem unosił się szary, kłębiasty dym. Nauczycielka jak najszybciej przetransportowała nas na koniec boiska, gdzie czekały już inne klasy. Większość uczniów wydawała się zadowolona z takiego obrotu spraw, mniejsza część z kolei bała się, że pożar mógłby przenieść się dalej, czy też spowodować śmierć innych uczniów.
Wokół budynku kręciło się już pełno strażaków i zaczęły przyjeżdżać coraz to nowe wozy strażackie. Ogólnie mówiąc panował duży zamęt.
- Podobno brakuje trzech uczniów - usłyszałam jak jeden z nauczycieli przekazuje informacje Kiszce.
- Boże żeby tylko nic im się nie stało - powiedziała cicho kobieta.
- Podobno Marek poszedł ich poszukać, zanim jeszcze przyjechali strażacy.
- Jeszcze nie wyszedł? - zapytała z lekkim przestrachem nauczycielka.
- Na to wygląda...
W tym momencie z budynku wybiegło sześcioro ludzi. Troje uczniów (o których wcześniej zapewne rozmawiali dorośli) wybiegło najwcześniej. Na końcu pochodu szły z kolei trzy postacie. Dwie z nich podtrzymywały kulejącą i pokrytą sadzą osobę będącą w środku. Jak się później dowiedziałam był to pan Wikowiak.


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hejka! Wiem, że krótko i za to bardzo przepraszam (ostatnio staram się nadrobić zaległe rozdziały tego opowiadania, bo trochę o nim zapomniałam ^-^) . Nie mogę się jeszcze do końca rozeznać ile tak naprawdę powinien zawierać treści jeden ogarnięty rozdział na bloga, dlatego następne postaram się pisać znacznie dłuższe. Jeśli macie dla mnie jakieś wskazówki (jestem świeżakiem w blogosferze i ogólnie w pisaniu) możecie zamieszczać je poniżej. 

Z góry dziękuję!
Bez odbioru
~ Maou

niedziela, 30 kwietnia 2017

Życiowy kontrast - rozdział 4

Rozdział 4

Czy zasady są aż tak ważne?

Deszcz zaczął padać coraz mocniej. Po krótkiej chwili dołączyły do niego błyskawice, rozświetlając ciemne, ponure niebo. Dzieci zaczęły kulić się ze strachu w swojej małej kryjówce. Wiedziały, że nie powinno ich tu być. W końcu było na tyle późno, że ich obowiązkiem był  powrót do domów, w których czekali ich rodzice. Zbyt jednak obawiały się konsekwencji, by zdobyć się na podobny czyn. I choć zaczęło być im przeraźliwie zimno, wewnątrz żarzył się malutki płomyk, zwiastujący ogromną radość z ich ponownego spotkania. To dodawało im ciepła.

******

Szybko podbiegłem do chłopaka osuwającego się na ziemię, by chwycić go pod pachy od tyłu. Chciałem w ten sposób zminimalizować skutki możliwie niefortunnego uderzenia. Mógłby w końcu roztrzaskać sobie głowę o podłogę, która nawiasem mówiąc była niesamowicie twarda (mój tyłek skutecznie się o tym przekonał).
- Idźcie po pielęgniarkę! - zwróciłem się do grupy nastolatków, która zaczęła nas otaczać.
- Hej żyjesz? -zapytałem głośniej, lekko klepiąc Kamila po policzku. Kiedy zauważyłem, że jest jako tako przytomny, zacząłem zdejmować z niego bluzę. Chłopak był niesamowicie ciepły. Na jego czole pojawiły się kropelki potu, jego oddech przyśpieszył. To nie mogła być gorączka. Rano zachowywał się normalnie, poza tym nie miałby apetytu, a przecież jedliśmy pączki. Kiedy zdjąłem już z niego ubranie, przewiązałem je wokół jego plecaka, żeby się nie zapodziało w tłumie. 
- Łukasz? - zapytał nieogarniający rzeczywistości chłopak.
- Hm? 
- Dlaczego leżę na twoich kolanach?
- Dobre pytanie - powiedziałem, parskając śmiechem - Ma ktoś z was wodę? -zapytałem, znowu zwracając się do otaczających nas ludzi. Jakaś dziewczyna, sięgnęła do swojego plecaka, po czym podała mi małą butelkę wody mineralnej - Mogę mu dać ją do picia? -zapytałem, a ona kiwnęła potakująco głową. Wolałem pytać o takie rzeczy. W końcu nie każdy lubi pić po kimś, albo tracić od tak dwieście pięćdziesiąt mililitrów czystej źródlanki.
- Masz i pij głupku - powiedziałem podkładając mu pod twarz wodą, którą przyjął z całkiem dużym entuzjazmem.
W tym momencie po korytarzu rozległy się głośne dźwięki szybko uderzających od parkietu obcasów. Po chwili moim oczom ukazała się niska, jasnowłosa kobieta, po trzydziestce. Zaraz za nią biegł chłopak w zielonej bluzie, który poszedł po pomoc.
- Co się stało? - zapytała zdumiona, kiedy ujrzała chłopaka siedzącego na zimnej podłodze i powoli pijącego wodę.
- Zemdlał - powiedziała jakaś dziewczyna z tyłu, wywołując tym samym mały zgiełk wśród gapiów, wymieniających po między sobą informacje.
- Pomożesz mi go zaprowadzić do gabinetu? - zapytała mnie kobieta i nie czekając na odpowiedź podeszła do Kamila i powiedziała lekko - Chodź, posiedzisz sobie trochę u mnie, może się lepiej poczujesz. W razie czego zadzwonię po twoich rodziców, będziesz mógł wtedy iść do domu...
- Nie trzeba! Mogę iść na lekcje- powiedział nagle chłopak, wstając szybko z podłogi, jak gdyby chcąc udowodnić w ten sposób, że nic mu nie jest - Czuję się całkiem dobrze... - zaczął, a po chwili znowu się zatoczył. Gdyby nie fakt, że stałem tuż koło niego i złapałem go za ramię w chwili, kiedy jego błędnik szalał, pewnie znowu leżałby na ziemi.
- Tak. Właśnie widzę - powiedziała, z lekkim śmiechem jasnowłosa.
Bez dalszych sprzeciwów chłopak pozwolił się zaprowadzić do pokoju pielęgniarki. Pomieszczenie nie było zbyt duże. W jego skład wchodziło głównie łóżko (a raczej leżanka), biurko z krzesłem, mała biblioteczka i bardzo miękki dywan. Skąd wiem, że taki był skoro miałem na stopach buty? Uwierzcie mi. Takie rzeczy wyczuwa się instynktownie. Po drodze do owego pomieszczenia pielęgniarka zadała Kamilowi szereg pytań dotyczących jego odżywiania, możliwych chorób, czy też długości snu. Wyglądało to mniej więcej tak:
- Jadłeś śniadanie?
- Tak.
- Spałeś w nocy?
- Tak.
- Jesteś na coś chory?
- Nie.
- Bierzesz jakieś leki?
- Nie.
Proste pytania i tak samo łatwe odpowiedzi. Nie chciałem wnikać w metody higienistki, ale na jej miejscu pytałbym bardziej szczegółowo o dolegliwości swojego pacjenta. Tym bardziej, że wygląd Kamila znacząco się różnił, od wynikających z jego odpowiedzi informacji. Miał zapadnięte policzki, podkrążone oczy z widocznymi, wystającymi żyłkami; oddychał ciężko, chodził jakby miał problemy z utrzymaniem równowagi. Wszystko to wskazywało na zarwanie przez niego nocki, albo dwóch. Tylko jeden objaw jego stanu nie dawał mi spokoju, a mianowicie trzęsące się dłonie. Nie wiem, czy mógłby być to skutek tego, że chłopak przed chwilą zasłabł. Równie dobrze mogła być to oznaka nieprzespanej nocy, czy niezdiagnozowanej choroby. Nie to jednak było najgorsze. Co jeśli miało to związek z wydarzeniem, które odbyło się wczoraj? A jeśli było to spowodowane jego stanem emocjonalnym? Czy białowłosy ma jakieś problemy? Dlaczego chciał się wczoraj zabić?
Właśnie. Dlaczego? Pytanie to chodzi mi po głowie, zaczyna biec i nie może nigdy dotrzeć do mety, zwanej wyjaśnieniem. Martwię się, że z powodu mojej ignorancji w tym temacie może dojść do tragedii. Nie mogę dopuścić do powtórki wydarzeń związanych z moją siostrą. Wiem jak to boli. Utrata kogoś bliskiego, nigdy nie powinna być skutkiem czyichś wyrzutów sumienia. Dlaczego? Bo to zabija. Myślenie a co byłoby gdyby jest najgorszą rzeczą, jaka spotkała mnie na tym świecie. Analizowanie, wykluczanie, szukanie innych rozwiązań. Uczą nas tego wszystkiego od najmłodszych lat, tylko po to, by umiejętności te przeszkadzały nam w byciu szczęśliwym, kiedy staniemy się już dorośli. Ponoć darem jest fakt, iż ludzie posiadają wolną wolę, rozum, indywidualną cząstkę siebie, które pozwala nam identyfikować się ze samym sobą, a w szczególności z naszym poczuciem sprawiedliwości. Nasze sumienie dyktuje nam wszystkie kroki, które powinniśmy wykonać. Pomaga nam w podejmowaniu decyzji, mimo tego prawie nigdy się go nie słuchamy. Uciszamy je, stajemy się obojętnymi robotami, nieczułymi na problemy innych ludzi. Czyż nie jest to zbyt częste? Głód, ubóstwo, niewolnicza praca. Wszystko to prowadzi do śmierci ludzi, wcześniej traktowani jak bydło, które prędzej, czy później trzeba uśmiercić, gdyż może przenieść niepożądaną zarazę. Któż mógłby sądzić, że nasza, globalna sytuacja może ulec zmianie, skoro obawiamy się wyciągnąć rękę ku nieznajomym ludziom? Boimy się, że jak raz odsłonimy naszą dobrą stronę, będą chcieli od nas więcej i więcej, i więcej...
Nie jest to jednak nic dziwnego. Ta jedna osoba, która okaże komuś dobroć, może być jedyną pozytywną postacią w życiu takiego człowieka. Co może on zrobić innego by przetrwać? Chce walczyć, dlatego nie może odpuścić sobie ostatniej nadziei jaka mu pozostała.
- Hej, wszystko w porządku? - zapytał mnie Kamil, kiedy wpatrywałem się przez dłuższą chwilę, w jeden punkt.
- Ta... Zamyśliłem się - mruknąłem, pomagając mu usiąść na łóżku.
- Możesz już iść do klasy - powiedziała higienistka - Poradzimy sobie jakoś.
- Dobrze - przytaknąłem, odwracając się w kierunku drzwi. Przed odejściem od łóżka powstrzymała mnie jednak ręka białowłosego.
- Dzięki za pomoc - powiedział ze słabym uśmiechem.
- Nie ma sprawy - odpowiedziałem mu z trochę weselszym grymasem. Nie wiem dlaczego, ale moje serce dziwnie zabiło, kiedy moja dłoń otarła się o skórę Kamila. Może to z powodu okazanej przez niego wdzięczności?
- Chyba jednak zadzwonię po twoich rodziców - mruknęła ni z tego, ni z owego pielęgniarka, patrząc na chłopaka - Wyglądasz jakbyś nie spał od kilku dni.
- Naprawdę nie trzeba, czuję się dobrze. Poza tym i tak nie będzie miał mnie kto odebrać. Mama cały dzień jest w pracy, a ojciec mieszka w innym mieście, więc...
- Ja mogę go odprowadzić - zaoferowałem się ku zdziwieniu wszystkich obecnych w tym mnie samego.
- Nie wiem, czy jest to dobry pomysł - powiedziała kobieta, po czy zwróciła się z powrotem do chłopaka siedzącego teraz na łóżku - Nie może ciebie odebrać jakaś ciocia, babcia, czy znajoma twojej mamy?
- Mieszkam w Pobiedziskach, więc wątpię, żeby ktokolwiek kłopotał się na tyle, by po mnie przyjechać -odparł szczerze.
- Hm... Mimo wszystko zadzwonię do twojej mamy. Podasz mi numer? - zapytała z lekkim uśmiechem, podchodząc do chłopaka i patrząc na niego uważnie - Zbladłeś - zauważyła ze zmartwieniem - Dobrze się czujesz?
- Tak, a jeśli chodzi o numer... Zgubiłem ostatnio telefon i nie pamiętam go zbyt dobrze, więc nie mogę go pani podać - skłamał chłopak. Zdziwiony spojrzałem na niego, na co on odpowiedział mi wzrokiem błagającym o nie zdradzenie jego sytuacji.
- Zaczekaj w takim razie, pójdę do twojej wychowawczyni i poproszę ją o numer. Martwi mnie twój wygląd... Możesz zostać z nim przez pięć minut? - zapytała mnie, nadal stojącego w drzwiach.
- Jasne - odpowiedziałem, potakując głową.
- Dziękuję! - powiedziała uradowana - Gdyby znowu zasłabł, albo coś by się mu stało przyjdź szybko po mnie. Wygląda tak słabo, jakby miał się zaraz zamienić w ducha - uwaga ta lekko poprawiła humor białowłosego, dzięki czemu kobieta wyszła trochę spokojniejsza niż chwilę temu. Nie byłem pewien, czy jestem najlepszym materiałem na chwilową opiekunkę, ale z pewnością bardzo chciałem w tamtej chwili porozmawiać z białowłosym.
- Dlaczego ją okłamałeś? - zapytałem, kiedy usłyszeliśmy odgłos zamykanych drzwi.
- Miałem swoje powody - odpowiedział, unikając mojego spojrzenia.
- Jakie?
- Chyba nie musisz tego wiedzieć, nie sądzisz? - powiedział trochę ostrzej.
- Chyba jednak muszę, skoro również ją okłamałem.
- Biedactwo... czyżby twoje sumienie zbytnio ucierpiało? - zapytał z ironią.
- Dzięki, że pytasz ale póki co nic mu nie jest - odgryzłem się - Za to twoje musi wołać o pomoc, skoro potrafisz bez mrugnięcia okiem skłamać prosto w oczy osobie, która próbuje ci pomóc.
Zapanowała cisza, po której chłopak podniósł lekko głowę i zerknął na mnie ze zrezygnowaniem.
- Ona nie próbuje - powiedział słabo, opierając się o ścianę. Spojrzałem na niego pytająco - To jej praca i obowiązek. Gdyby naprawdę chciała mi pomóc nie wystarczałyby jej moje pół-odpowiedzi.
- Jesteś śmieszny, przecież... - zacząłem, ale przed wypowiedzeniem dalszych słów powstrzymała mnie mina chłopaka. Smutek, jaki w nią wniknął, sprawił, że moje serce się załamało. Wyglądał jak Monika w dniu jej śmierci- Hej, wszystko dobrze? - zapytałem, siadając przy nim i kładąc swoją rękę na jego ramieniu. 
- Szczerze? - zapytał, patrząc mi w oczy - Nic nie jest dobrze i nigdy nie będzie. Tak bardzo żałuję, że wczoraj ja nie.... - wyszeptał, łamiącym się głosem.
- Hej już dobrze. Pomogę ci, tylko musisz powiedzieć mi co się dzieje - mruknąłem, spoglądając mu w oczy.
- Nie pomożesz. Nikt nie może mi pomóc.
- Wiesz, że moja siostra też tak mówiła? - zapytałem z lekkim uśmiechem - Nawet nie spróbowała mi niczego wyjaśnić. Z góry założyła, że jej problemy są zbyt duże, żeby wtajemniczać w nie tak szarego człowieka, jakim jestem.
- Dlaczego miałbyś mi pomagać? - zapytał znienacka białowłosy - Znasz mnie od wczoraj.
- Mówiłem ci - powiedziałem, wpatrując się prosto w jego oczy - To co spotkało moją siostrę... Nie powinno się wydarzyć komukolwiek innemu.
Poczułem chłodny wiatr na karku, który wtargnął nagle do pomieszczenie przez uchylone okno. Zadrżałem. Nie lubiłem zimna. Zbytnio przypominało mi o dzieciństwie. Dlaczego w zasadzie kojarzyło mi się ono z chłodem...?
- Spałem dzisiaj tylko przez pół godziny i to na dodatek w pociągu, za to w ciągu ostatniego tygodnia w ogóle nie zmrużyłem oka - wyznał cicho chłopak.
- Dlaczego? - zapytałem ze zdziwieniem.
- Boję się spać - wyszeptał - Kiedy śpię, przypominam sobie o przeszłości, która nie była zbyt kolorowa. Śnią mi się okropne rzeczy, a ja... - wyszeptał - nie mogę nic z nimi zrobić. 
- Byłeś u lekarza? - zapytałem - Może przepisałby ci jakieś leki na bezsenność - zaproponowałem, co skwitował parsknięciem.
- Nie rozumiesz. Moje życie to jeden wielki, cholerny koszmar. Ja... chyba nie powinieneś się w to zagłębiać. Przepraszam.... możesz zapomnieć o wszystkim, co ci przed chwilą powiedziałem?
- Po pierwsze za co przepraszasz, a po drugie, przecież nic mi do cholery jeszcze nie powiedziałeś! - krzyknąłem, na co chłopak się skulił. Bał się. Dlaczego? Przecież nic mu nie...
- Nie mogę o tym mówić - wyszeptał, obejmując nogi rękoma. Było mu zimno, podobnie jak i zresztą mnie. Wstałem z łóżka i podszedłem do okna, zamykając je. W pomieszczeniu zrobiło się ciszej niż jeszcze chwilę temu, kiedy docierały do niego odgłosy ulicy. Podszedłem do krzesła, na którym leżała bluza chłopaka i podałem mu ją.
- Dzięki - mruknął, zakładając ją na siebie. 
- Powinieneś mieć osobę, której możesz opowiedzieć o swoich problemach - powiedziałem, nie mogąc pogodzić się z faktem, że nie mogę mu pomóc.
- Mam. Dziewczyna z którą wczoraj rozmawiałeś... Ona... bardzo mi pomaga - powiedział, zapinając się pod samą szyje.
- Na tyle, że wczoraj chciałeś wskoczyć pod pociąg? - zapytałem, na co on zareagował ze smutkiem.
- To nie była jej wina... Proszę nie mów jej o tym.
- Ha! A więc nic nie wie! Jak ci ma więc pomóc? - zapytałem rozdrażniony. Chłopak siedział w ciszy ze spuszczoną głową. Wyglądał na zrezygnowanego i kompletnie wyzutego z emocji. Stałem tak przed nim koło ośmiu minut, po czym usiadłem przy nim na łóżku.
- Przepraszam, nie powinienem był ciebie pouczać - powiedziałem, opierając się koło niego przy ścianie.
- Nie ma sprawy, w końcu próbujesz mi pomóc - mruknął, na co oboje parsknęliśmy śmiechem. Znowu zapanowała cisza. Tym razem była ona jednak bardziej znośna, niż ta przed chwilą. Dzięki niej odprężyłem się trochę i dałem odpłynąć swoim myślą. 
Choć sytuacja Kamila nadal niesamowicie mnie interesowała, nie chciałem naciskać. Wiedziałem, że nic mi nie powie. Jakaś wewnętrzna siła nakazała mi jednak bycie przy nim. Kto wie? Może ponownie uda mi się zapobiec jego próbom samobójczym? Nie byłem pewien dlaczego, ale mój rozum podpowiadał mi, że może do nich dojść. Ku mojemu zdziwieniu nie to jednak stanowiło ostateczny powód, dla którego nie chciałem przestać kontaktów z chłopakiem. W jakiś sposób zainteresował mnie. Nie wiem czy było to spowodowane tym, że prawie nic o nim nie wiedziałem, czy jego specyficznym spojrzeniem na świat i ugrzecznieniem. Coś nakazało mi zdarcie jego wątłej postawy. Pragnąłem by nie był on w stosunku do innych ludzi tak niepewny, jak podczas naszego pierwszego spotkania.
Nagle poczułem na swoim karku jakiś ciepły oddech. Znieruchomiałem, a po moich plecach przeszły dreszcze. Odcinek uszy-szyja-kręgosłup stanowił mój najczulszy punkt. Jeśli tylko ktokolwiek dotknął mnie w tamtych okolicach, automatycznie lądowałem na podłodze, z powodu dziwnego uczucia jakie mnie wtedy ogarniało. Możecie więc sobie wyobrazić jak dużym szokiem było ciepłe powietrze zmieszane razem z łaskoczącymi włosami Kamila.
Pomimo niedogodności jakie mi zafundował postanowiłem się nie ruszać. W końcu prawie nie spał w ostatnim tygodniu. Należała mu się chwila odpoczynku. Gdybym ja przez tak długi okres czasu nie zmrużył oka, pewnie czułbym się fatalnie...
Boże... co to za dziwne uczucie? Moje ciało stało się dziwnie spięte, po kręgosłupie przechodził mi miły prąd, serce zaczynało nieregularnie bić. Mój oddech przyśpieszył. Mimo woli zacząłem poruszać mięśniami raz to kurcząc je, tylko po to żeby ponownie je rozkurczyć. Niedługo musiałem czekać, żeby moje spodnie zrobiły się trochę przyciasne.
O co do cholery chodzi?, pomyślałem panikując, Dlaczego jestem taki pobudzony? To nie jest normalne, przecież ja tylko siedzę koło... CO?! Cholery to nie prawda! Nie jestem żadnym gejem do kurwy nędzy!!! To w takim razie dlaczego... nie... niemożliwe! To pewnie dlatego, że dawno czegoś nie oglądałem, ja... Nie mogłem zrozumieć, dlaczego moje ciało tak zareagowało. Postanowiłem więc uspokoić się. Wziąłem głęboki oddech i powoli wypuściłem powietrze z płuc. Na niewiele się to zdało, ponieważ chłopak używał zaskakująco ładnych perfum, które dziwnie zaczęły działać na mój rozgorączkowany umysł. Krótko mówiąc moje działania niezbyt pomogły, a uściślając powiększyły tylko mój dolny problem. Nie chciałem nawet myśleć co by było gdyby w tym momencie do pokoju weszła pielęgniarka. Ciekawe jaki widok by zobaczyła? Chłopaka z górką w dziwnym miejscu?
- O cholera - szepnąłem, po czym szybko dotknąłem swoich policzków. Cudownie kurwa! Rumienię się jak jakaś panienka! O co chodzi do diabła?!
Nagle Kamil poruszył się lekko, łaskocząc mnie tym samym jeszcze dotkliwej. O nie, nie, nie. Nie wytrzymam, jak Boga kocham, nie dam rady... w tym momencie ogarnął mnie niezrozumiały strach. Bałem się reakcji innych, ale najbardziej martwiłem się o samego siebie. Dlaczego tak reaguję? Jestem chory? A może to normalne?
Wstrzymałem szybko oddech i postanowiłem pomyśleć o czymś innym. W poszukiwaniu odwrócenia mojej uwagi, zacząłem spoglądać przez okno. Moją inspiracją okazały się samochody przejeżdżające wzdłuż szaroburej ulicy. Niektóre pędziły z zawrotną prędkością, inne natomiast wolały trzymać się przepisów drogowych. 
I słusznie, może dzięki temu będzie mniej wypadków na drogach? Niektórzy ludzie w ogóle nie myślą, ich świat opiera się tylko na zajęciu przez coś mózgu, żeby powstrzymać otaczającą ich nudę i nadać życiu sensu. Tak naprawdę w większości przypadków było ono tak bezwartościowe i puste, że nikt tak naprawdę nie wiedział dlaczego robi to co robi. Czy ja sam i moje działania też takie są? Pewnie tak... tracę czas na tak nieistotne rzeczy... dlaczego więc moja egzystencja miałaby w jakikolwiek sposób pomóc innym? Jak moje nazwisko mogłoby zostać zapamiętane? 
Z takimi myślami zamknąłem oczy, a krótko po tym zasnąłem. Wczoraj nie spałem zbyt długo... Szkoła wypompowała ze mnie wszelką energię. Wiecie jednak co jest najbardziej zaskakujące? Siedząc z Kamilem, nie myślałem w ogóle o własnych obowiązkach takich jak uczęszczanie w lekcjach, czy myśleniu o wykorzystaniu wolnego czasu na naukę. Byłem zbyt zaabsorbowany chłopakiem, żeby myśleć o samym sobie i konsekwencjach, które z pewnością będą mnie czekały za sen podczas lekcji.